ANIA: mama Bartka – podopiecznego Małopolskiego Hospicjum dla Dzieci
Hospicjum – pierwsze skojarzenia…
Trzy lata temu, Bartuś walczył o życie przez prawie trzy miesiące… Lekarze nie dawali mu żadnych szans… kazali się z nim żegnać…. On jednak pokazał, jaki jest silny, jak bardzo chce żyć i być z nami. W szpitalu wyraźnie dano nam do zrozumienia, że nie mogą dla niego już nic więcej zrobić… że już będzie taki słaby i mało kontaktowy… z ogromną ilością wydzieliny. Dostaliśmy skierowanie do hospicjum i usłyszeliśmy, że łatwiej nam będzie zrozumieć poważny stan kliniczny Bartka. Oczywiście, na początku był płacz…. wielki żal do wszystkich i o wszystko… a na samo słowo: “hospicjum” – od razu nasuwało się jedno skojarzenie: “umieralnia”… No niestety… tak było.
Po wyjściu ze szpitala, jeszcze przez około dwa miesiące radziliśmy sobie sami. Pamiętam, że był to okropny czas – ze względu na ogromny strach o Bartusia. Dopiero, gdy zaczęli odwiedzać nas pracownicy hospicjum: lekarze, pielęgniarki i rehabilitant – zaczęło nam się wszystko układać w głowach: że nasze dziecko nie umiera w domu, że hospicjum domowe- to nie jest umieralnia i że jest coraz lepiej… może nie z dnia na dzień – ale z tygodnia na tydzień już tak…. Bartuś stawał się silniejszy i bardziej kontaktowy.
Hospicjum – reakcje…
Gdy mówię komuś pierwszy raz o tym, że Bartuś jest podopiecznym hospicjum… to widzę tak zwane: duuużżżeee oczy… Ludzie pytają: “Jak to?”, “Dlaczego?”, “Co się dzieje?”
Jednak, gdy zaczynam tłumaczyć: że gdyby nie hospicjum – to nie miałabym sprzętu potrzebnego Bartusiowi na co dzień… że z każdą infekcją i po każdą receptę – czyli bardzo często – musiałabym chodzić do lekarzy Podstawowej Opieki Zdrowotnej… że mam wsparcie w domu – w bezpiecznych domowych warunkach i nie muszę narażać synka na żadne, dodatkowe zakażenia… to wtedy jest już to zrozumienie.
Hospicjum – pomoc…
HOSPICJUM DOMOWE dla mnie oznacza: bezpieczeństwo mojego synka. Działa przez całą dobę i wiem, że gdyby wydarzyło się coś niepokojącego – to mogę zadzwonić i dana osoba zawsze, od razu odbierze… doradzi przez telefon… albo natychmiast przyjedzie. Wiem, że dla tych ludzi to jest ich praca – ale zawsze w taki sposób podchodzą do naszych problemów, jakbyśmy byli członkami rodziny… a nie: pierwszym… drugim… czwartym pacjentem w ciągu dnia.
Hospicjum – rodzina…
HOSPICJUM TO NASZA RODZINA! Lekarze, pielęgniarki i fizjoterapeuci przychodzą do nas do domu… wchodzą w tę naszą przestrzeń i prawdę mówiąc, to częściej widzimy się z naszą pielęgniarką Anią i rehabilitantem Pawłem, niż z własną rodziną. Widzimy się z nimi co tydzień. Zawsze pośmiejemy się… pożartujemy. Bartuś jest bardzo zadowolony.


